Olejowanie #4

Dzisiejsza mieszanka to nieco oliwy z oliwek + 1 pompka olejku absolutnego Syoss + 2 pompki Essential Care Organic Relaxing Body Oil + 12 kropli/kropel (sprawdziłam, obie formy dopuszczalne:) oleju z kocanki.

Wytrąciła się dziwna galaretka, czyli, jak sądzę „zręby” preparatu Syoss. Nie będę więcej dodawała go do olejów naturalnych.

Następnie postąpiłam, jak przy olejowaniu #3, z tym, że owinęłam włosy w folię na ok. 20 min i myłam 3-krotnie szamponem Timotei z Różą Jerychońską.

Są miękkie, wydawało się, że obciążone, ale chyba nie, wręcz jakby nabrały objętości, lśnią, choć zauważam to bliżej przy głowie.

Myślę, że odżywianie będzie miało z czasem swój skutek.

Olejowanie #3

Dzisiaj bodajże trzeci raz, jak podeszłam do olejowania, nie mówię – włosów, bo głównie chodzi tu o skórę głowy. Dziękuję Dziewczynom, od których się o tym dowiedziałam, uczyłam, co i jak. Sama dopiero zaczynam i nie wiem, czy pozostanę wierna tej metodzie. Moje dotychczasowe – pozytywne – wrażenia to:

  • włosy są miękkie i błyszczące
  • końcówki nie są przesuszone, szorstkie a gładkie i aż chce się je dotykać
  • masaż głowy bardzo mnie przekonuje swoimi potencjalnymi właściwościami pielęgnacyjnymi
  • dodatkowo, korzystają paznokcie i dłonie:)
  • piękne zapachy, aromaterapia
  • świadomość fundowania sobie naturalnej pielęgnacji – no harm, miejmy nadzieję

Na razie tyle, pewnie dostrzegę jeszcze jakieś.

A było to tak:

  • użyłam płynu różanego do twarzy Fitomed do spryskania skóry głowy i końcówek włosów
  • wymieszałam olej Monoi Frangipani z BU, dwa „pryski” Essential Care Organic Relaxing Body Oil, większą kroplę olejku rycynowego i ze dwie/trzy krople oleju z kocanki z BU – mieszanka zupełnie autorska i eksperymentalna
  • rozdzielając pasma włosów, wmasowałam miksturę w skórę głowy, potem zaaplikowałam resztę na końcówki
  • włączyłam grzejnik w łazience, trochę postałam przed nim z opuszczoną głową, nagrzewając jednocześnie ręcznik, którym owinęłam włosy
  • tak przygotowana, poszłam robić śniadanie – całość trzymałam grubo ponad 0,5 h
  • umyłam włosy szamponem Timotei with Jericho Rose dwukrotnie

Oto dwóch bohaterów dzisiejszej akcji, pozostałe elementy tworzą scenerię;)

Relaksująca procedura, śliczne zapachy. Nie robię zdjęć włosów na razie, mam wrażenie, że dosyć intensywnie wypadają – o zgrozo – ale mam nadzieję na opanowanie tego procederu. Uznam za efektywną tę zabawę, gdy usłyszę jakiś komplement:)

PS. Szczególnie uwzdlędniam w masażu miejsca, które wydają mi się włosowo najsłabsze. Z olejem Monoi F. chyba przesadziłam – zagapiłam się, miałam też czysty olej Monoi i byłam przekonana, że używam właśnie jego. Ten pierwszy zaś już uprzednio przy aplikacji na skórę powodował zaczerwienienie, myślę, że z powodu tej gardenii w składzie. Tożsamo wyglądała ostatecznie skóra mojej głowy i czoło, ale wszystko minęło. Już wyrzuciłam resztę tego oleju, bo choć ważność jego opiewała na 03/13,  zmieniał spontanicznie konsystencję, coś się też w nim wytrącało – postanowiłam dłużej nie ryzykować i poradzić sobie inaczej. Podejrzewam, że zbyt pobłażałam sobie, trzymając go w łazience – najcieplejszym miejscu domu. Niestety, nie zużyłam też masła żurawinowego BU, nie zdążyłam, bo mija termin ważności – a podobnie, coś dziwnego zauważam w konsystencji. Będę musiała kupować mniejsze objętości, jeśli będą lub diametralnie zmienić sposób przechowywania.